OPIS


Wyprawa na Bałkany była pierwszą dla naszej trójki przygodą z sakwami. Z racji naszego braku doświadczenia wybraliśmy trasę już przemierzoną wcześniej przez innych sakwiarzy. Padło na trasę rowerowejrodzinki, lekko zmodyfikowaną: z Mostaru w Bośni i Hercegowinie skierowaliśmy się od razu nad Adriatyk. Po dojechaniu pociągiem do Serbii, aż do Skopje, nie korzystaliśmy z innego środka transportu niż rowery.
Czekało nas blisko 1600 km górskiej drogi w trzyosobowej grupie, która tak naprawdę zawiązała się półtora tygodnia przed wyjazdem. Bałkany okazały się miejscem, które na pewno warto odwiedzić. Jeżeli jest się chętnym zaznania dzikości Bałkanów, trzeba się spieszyć - region jeszcze niedawno ogarnięty wojną domową bardzo się zmienia - na wybrzeże Czarnogóry wkraczają kurorty i wielogwiazdkowe hotele, a dojeżdża się do nich świeżo położonym, równiutkim asfaltem. Za kilka lat podobnie będzie w Albanii, do niedawna jednej z najbardziej izolowanych dyktatur komunistycznych, a teraz państwie odnajdującym na nowo swoją tożsamość religijną.
Bałkany to silne kontrasty. Z jednej strony widoczne jest bogactwo nadmorskich chorwackich czy czarnogórskich miasteczek, z drugiej bieda w niemal wymarłych bośniackich wioskach. Kłują w oczy najnowsze modele mercedesów na albańskich rejestracjach i kilometry śmieci porozrzucane wzdłuż drogi w Macedonii. Również sama droga zmienia się nieustannie - od prawie płaskich dróg na Adriatykiem, po dające w kość rowerzyście wzniesienia w wysokich górach.
Gościnność tamtejszych ludzi jest niesamowita, a górskie widoki zapierające dech w piersiach. Żadna relacja czy zdjęcia nie oddadzą tego w pełni - trzeba się wybrać samemu. Najlepiej oczywiście na rowerze, z pozycji kierowcy samochodu czy pasażera autobusu zobaczy się dużo mniej.

Serbia (Република Србија)

Po długiej podróży wraz z ośmiogodzinnym zwiedzaniem Budapesztu dotarliśmy w końcu do Belgradu. Podróż nie obyła się bez przygód - w pociągu z Warszawy do Budapesztu grasowali złodzieje, na szczęście nam nic nie zniknęło. Natomiast w pociągu z Budapesztu do Belgradu spać się nie dało, gdyż pociąg był pełen jadących na festiwal muzyczny w Nowym Sadzie turystów z całego świata.
Po około 48 godzinach podróży dotarliśmy do Prilipojle, czyli miejsca startu naszej przygody z Bałkanami. Pierwszym naszym krokiem było odnalezienie zasypanych tuneli i zobaczenie ich na własne oczy. Miejscowi albo naprawdę nie wiedzieli gdzie one są albo z jakiegoś powodu nie chcieli nas do nich skierować. W końcu udało nam się je odnaleźć, ale prawie od razu okazało się, że przejechanie, czy nawet przeniesienie objuczonych rowerów będzie niemożliwe - droga usiana była wielkimi odłamkami skalnymi. Pokręciliśmy się chwilę pieszo podziwiając fantastyczny kanion i zawróciliśmy w poszukiwaniu pierwszego noclegu. Po drodze skorzystaliśmy z płynącego w pobliżu lodowatego strumienia i wykąpaliśmy się pierwszy raz po dwóch dniach w pociągu. Oczywiście popełniliśmy małe fo pa, bo strumień okazał się miejscowym ujęciem wody dla okolicznych mieszkańców, a my go właśnie zbeszcześciliśmy :)
Namioty rozbiliśmy na środku mało uczęszczanej drogi - o dziwo było to jedyne miejsce w miarę płaskie i nie rzucające się w oczy :) Następnego ranka ruszyliśmy w stronę Czarnogóry. Opuściliśmy Serbię.

Czarnogóra (Црна Гора / Crna Gora)

Wjeżdżając do tego państwa byliśmy nastawieni na duże przewyższenia i wymagające podjazdy i nie zawiedliśmy się. Od razu góry zaatakowały nas na całego. Z braku jakiegokolwiek dogodnego miejsca do rozbicia namiotów na długości kilkudziesięciu kilometrów nocleg nie był niczym nadzwyczajnym - spędziliśmy go na kempingu Eco-Oaza. Ugościł nas przemiły, choć przygłuchy i nie znający innego języka niż czarnogórski i serbski, trzydziestoletni właściciel tego przybytku. Jak się okazało po obejrzeniu księgi pamiątkowej (zeszyt w kratkę z rubryczkami) często nawiedzanego przez rodaków. Tłumaczem była dziesięcioletnia córka tego pana, znająca zalewie kilka wyrazów po angielsku, na którą tatko wydzierał się niemiłosiernie nie mogąc zrozumieć, dlaczego mała nie potrafi płynnie mówić pomimo nauki języka w szkole :)
Kolejny dzień obfitował w atrakcje. Jedną była kąpiel w jeziorze Vražje, miejscem weekendowych spotkań okolicznej młodzieży (głównie ubranej na sportowo). Samo jezioro robi niesamowite wrażenie - po długich, krętych górskich drogach trafia się na w miarę płaski teren z pięknym ciepłym jeziorem. Spędziliśmy w jego wodzie ładnych kilka godzin i pojechaliśmy dopiero jak tubylcy zaczęli uskuteczniać między sobą zabawę "dam ci w mordę - zobaczymy czy będziesz krwawił". Nie czekaliśmy aż zainteresują się nami i ruszyliśmy w stronę korony Crnej Gory - Durmitoru, czyli najwyższego masywu w Górach Dynarskich.
Po dojechaniu do turystycznego miasta Žabljak i pstryknięciu kilku fotek na jednym z najwyższych mostów w Europie, skierowaliśmy się nad Crne Jezero, które jest czarnogórskim Morskim Okiem i stanowi główną atrakcję Parku Narodowego Durmitor. Jak to w takich miejscach bywa zazwyczaj, zabronione jest rozbijanie namiotów. Ale ponieważ było już dosyć późno, nie mieliśmy oporów. Jak się rano okazało nie byliśmy jedynymi noclegowiczami na dziko.
Po przyjemnych doświadczeniach dnia poprzedniego z kąpielą w jeziorze Vražje, byliśmy nastawieni na kąpiel w Sušicko Jezero. Po dotarciu na dno kanionu mieliśmy w planach nocleg, a wyczerpujący podjazd zostawiliśmy na następny dzień. Im bardziej się zbliżaliśmy do jeziora tym bardziej nie mogliśmy się doczekać orzeźwiającej wody, zwłaszcza że nasze zapasy prawie się skończyły. Wypatrywaliśmy jeziora z góry, ale nie mogliśmy go dojrzeć. W końcu po zjechaniu długą, krętą i kamienistą drogą na dno kanionu spotkaliśmy grupę słowackich turystów. Zapytani przez nich gdzie jedziemy odparliśmy, że wykąpać się w Sušicko Jezero. Ich reakcją był śmiech. Chwilę później poznaliśmy powód ich radości. Jak sam nazwa jeziora wskazuje jest to jezioro okresowe, w związku z czym latem na jego dnie rośnie dorodna trawa, a jedyną wodą, którą tam znaleźliśmy było kropelkujące źródełko - po godzinie udało nam się napełnić jeden bidon. Postanowiliśmy odpocząć chwilę i przekąsić zupkę chińską z Radomia, nabrać sił i wydostać się z kanionu jeszcze tego samego dnia. Podjazd wykończył nas doszczętnie, a z ust jadącego na końcu peletonu Rafała słychać było co chwilę pewne bardzo polskie teksty podnoszące go na duchu i odganiające kłębiące się wszędzie muchy. Podjazd ten był podczas całej naszej trasy najbardziej wymagający - duża stromizna, nawierzchnia składająca się z tłucznia i temperatura zrobiły swoje. Nagrodą za ten wysiłek był piękny widok z krawędzi kanionu. Przyszedł czas na sesję zdjęciową, Andrzej popadł w euforię i próbował podnieść swój rower z sakwami nad głowę. Oczywiście robił to na samej krawędzi, więc niewiele brakowało, żeby spadł.
Po tych niezapomnianych przeżyciach ruszyliśmy w dalszą drogę, zmierzając do kanionu rzeki Pivy. Dzień zakończyliśmy w gaju oliwnym w miasteczku Pluzine, leżącym na brzegu stworzonego przez człowieka jeziora Pivsko. Następnego dnia ruszyliśmy wzdłuż mającego kilkadziesiąt kilometrów długości jeziora ku granicy z Bośnia i Hercegowiną. W okolicy przygranicznego miasteczka Šćepan Polje rzeka Piva łączy się z rzeką Tarą i po stronie bośniackiej tworzą rzekę Drin :)

Bośnia i Hercegowina (Босна и Херцеговина, BiH)

Granicę pomiędzy Czarnogóra a Bośnią stanowi most. Wchodząc na niego mieliśmy wątpliwości, czy się nie zawali. Sprawiał wrażenie wiekowego i niezbyt bezpiecznego, a gruntownie go wyremontowano (właściwie zbudowano na nowo) raptem dwa lata wcześniej. Po przeprawie dotarliśmy do budek bośniackich pograniczników, z którymi wywiązała się całkiem miła rozmowa. Jeden z nich podsumował rozmowę "Polako, bum ,bum". Zapewne chodziło im, że jadąc rowerami rozminujemy im trochę terenu, gdyż Bośnia jest nadal w dużym stopniu polem minowym i lepiej trzymać się głównych dróg i nie rozbijać się w lasach.
Pierwszym naszym noclegiem w tym państwie była noc spędzona na łące należącej do starszej pani w Dobrym Polje - prawie wymarłym miasteczku. Staruszka była bardzo miła, dostaliśmy od niej kilkanaście jajek na kolację i dwa litry mleka (aby dostać mleko musiałem sam wydoić krowę, ale opłacało się dla tego smaku). Rano zostaliśmy zaproszeni na śniadanie, lecz musieliśmy odmówić bo czekała nas długa droga do Sarajewa. Zrobiliśmy to z bólem serca, gdyż staruszka miała sery i kajmak własnej roboty. Odmowa okazała się strzałem w dziesiątkę, bo droga do stolicy zajęła nam dużo czasu ze względu silny wiatr, tzw. wmordewind.
Zwiedzając Sarajewo po raz pierwszy mieliśmy możliwość spróbować bałkańskiego przysmaku - burka, czyli pożywnego i smacznego tłustego zapiekanego ciasta francuskiego nadziewanego mielonym mięsem (burek sa mesom), białym serem (sirnica) lub szpinakiem (zielenica). Burki są zazwyczaj sprzedawane prosto z gorącej tacy, a najlepiej smakują z ajranem. Inaczej smakują w Bośni i Hercegowinie, a inaczej w Czarnogórze.
W Sarajewie rany po wojnie powoli się zabliźniają, chociaż od czasu do czasu zauważyć można jeszcze ślady po kulach. Widoczny jest także wyraźny podział miasta na część muzułmańską i chrześcijańską. Ponieważ miasto leży w kotlinie jest mocno zanieczyszczone smogiem. Odczuwa się to zwłaszcza jadąc głównymi drogami leżącymi najniżej. Wystarczy wjechać jednak wyżej gęsto zabudowanymi przez domy muzułmanów stromymi uliczkami, by na chwilę odetchnąć i cieszyć oko widokiem leżącego niżej miasta.
Kolejną noc spędziliśmy w Jablanicy, na trawniku Bośniaka, który sporą część życia przepracował w Niemczech i miał do czynienia z Polakami (chyba miał z nimi na pieńku, bo nie ukrywał, że Polaków generalnie nie lubi i uważa za złodziei). Dostaliśmy od niego trochę jedzenia, skorzystaliśmy z kuchni i łazienki. W Bośni spędziliśmy trzy noce i za każdym razem byliśmy bardzo miło przyjmowani przez ludzi. Nie było problemu z rozbijaniem namiotu na czyimś trawniku, a na dodatek zawsze zostaliśmy poczęstowani czymś do jedzenia.
Z Sarajewa skierowaliśmy się do Mostaru, turystycznego miasta słynącego z mostu łączącego dwie części miasta: chrześcijańską i muzułmańską. Po zjedzeniu miejscowego burka (mniam, mniam) i słodyczy (jeszcze większe mniam, mniam) pojechaliśmy do miasta Neum leżącego na skromnym, siedemnastokilometrowym wybrzeżu Bośnii i Hercegowiny, zahaczając przy okazji o kawałek Chorwacji. Jeszcze na terenie BiH-u przenocowaliśmy i następnego dnia, doskonałym asfaltem, wzdłuż wybrzeża pojechaliśmy do Kotoru.

Ponownie Crna Gora

Na promie w zatoce Kotorskiej mieliśmy okazję spotkać Austriaczkę i Szwajcara, którzy obładowani kilka razy bardziej niż my, z pełnymi sakwami z przodu i z tyłu, z przyczepkami (bob i extrawheel) i worami transportowymi, jechali ze Szwajcarii do Chin. Przeznaczyli na to półtora roku i w planach mieli między innymi wspinaczkę górską w Iranie. Pokłon do ziemi dla tej pary :)
Zatoka Kotorska (Boka Kotorska) jest po prostu przepiękna. Z poziomu Adriatyku podziwia się jedyne w tej części Europy, robiące piorunujące wrażenie, fiordy. Dla samego widoku tego miejsca warto przyjechać do Czarnogóry.
Ponieważ będąc w Kotorze znajdowaliśmy się na poziomie zera metrów n.p.m. czekał nas nie lada wyczyn - wjechanie do Mauzoleum Njegosa znajdującego się na Jezierskim vrhu na wysokości 1660 m n.p.m. Początkowo planowaliśmy zdobyć ten szczyt za jednym zamachem, ale wieczór zbliżał się nieubłaganie. Ograniczyliśmy się więc "jedynie" do wjechania na wysokość Około 1450 m n.p.m., wdrapując się serpentynami w pełnym słońcu na odcinku zaledwie dziesięciu kilometrów. Podczas naszego mozolnego toczenia się z naprzeciwka co chwilę nadjeżdżali rowerzyści bez obciążenia i pozdrawiali nas okrzykiem "Ahoj!". Okazało się, że to grupa Czechów i Słowaków, dowieziona wcześniej do mauzoleum autokarem, zjeżdżała sobie na dół, ku naszej wielkiej irytacji i zgrzytania zębami :)
Z racji zbliżającego się zachodu słońca musieliśmy odłożyć zdobywanie szczytu na następny ranek. Po wyspaniu się dokończyliśmy dzieła. Widok z mauzoleum robi ogromne wrażenie - ma się wrażenie, że świat leży u stóp. Kolejne miejsce, które warto odwiedzić.
Dzień zakończyliśmy w mieście Bar, nocując w sadzie mandarynek. Niestety mandarynki były jeszcze zielone, ale do herbaty jako substytut cytryny nadawały się idealnie. Naszą przygodę z Czarnogórą zakończyliśmy następnego dnia w bardzo przyjemny sposób - ostatnią kąpielą w Adriatyku na jedynej piaszczystej plaży. Wjechaliśmy do Albanii.

Albania (Shqipëria, Republika e Shqipërise)

Pierwszym miastem do którego trafiliśmy była Szkodra (Shkodër). Wymieniliśmy tam euro na leki (miejscowe dziengi), po czym pan z kantoru wyciągnął z zaplecza rower i zaprowadził nas do księgarni (jedynego miejsca gdzie w Albanii da się kupić mapy), niestety zamkniętej - była niedziela, do tego sjesta. Po zwiedzeniu miasta udaliśmy się do miejscowej restauracji aby skosztować lokalnych specjałów. O ile Marek i Rafał wiedzieli co jedzą, ja nie mam do tej pory zielonego pojęcia, co leżało na moim talerzu. Efektem naszej uczty były częste postoje w przydrożnych krzakach podczas następnych godzin jazdy.
Zdobycie noclegu w Albanii wymaga sporo zachodu. Głównie z powodu trudności z porozumieniem się. Pomimo długich prób dogadania się z miejscową ludnością nie udało nam się. Jakimś jednak sposobem nakierowano nas na misję i ośrodek rehabilitacji prowadzone przez księdza i siostry zakonne z Włoch. Po okazaniu naszych korzeni ("Polaco!") i wpływów ("Papa Polaco!") uzyskaliśmy zgodę na rozbicie się na skąpym trawniku i skorzystanie z prysznica.
Następnego dnia ruszyliśmy do stolicy - Tirany. W drodze Markowi pękła szprycha w tylnym kole od strony kasety, w związku z czym potrzebowaliśmy serwisu rowerowego (oczywiście bacika nie zabraliśmy). Jak się okazało w Tiranie jest cała uliczka pełna serwisów rowerowo-motocyklowo-pralkowo-odkurzaczowych - dosłownie w jednym miejscu jest z dwadzieścia punktów, w których można profesjonalnie naprawić rower. Po ustaleniu ceny mechanicy przystąpili do naprawy. Okazało się jednak, że w ciągu 15 minut cena wzrosła o 100 leków i nic na to nie można poradzić. Cóż takie życie.
Nasze informacje dotyczące samochodów marki Mercedes jako dominującej potwierdziły się. Co chwila mijały nas Mercedesy, nawet nauka jazdy jest tam prowadzona w Mercedesach. I jest to pełen przekrój - od stareńkich beczek po najnowsze cuda techniki.
Do poruszania się po Tiranie trzeba się przyzwyczaić i, co najważniejsze, przekonać, że się nie zginie. Tutaj, pomimo stojących gdzieniegdzie policjantów, nie obowiązują żadne zasady ruchu drogowego. Pierwszeństwo ma ten, który jest większy i bardziej zdecydowany.
W celu podtrzymaniu tradycji w sklepie z pamiątkami kupiliśmy okładki na paszporty z godłem Albanii. Największy skwar spędziliśmy na miejskim bazarze z pokaźną liczbę stoisk oferujących wszelkie warzywa, owoce, sery za śmieszne pieniądze.
Po wyjechaniu ze stolicy dotarliśmy do przemysłowego miasta Elbasan, gdzie z braku dobrych miejsc na rozbicie namiotu wynajęliśmy pokój w motelu prowadzonym przez nastolatków. Pokój był wynajęty jako klimatyzowany, niemniej klimatyzacja jakoś dziwnym trafem nie chciała się włączyć. Wieczorem postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda Albania nocą. Wzięliśmy rowery (bagaż został w pokoju) i wyjechaliśmy na miasto. Panowała tam wspaniała atmosfera, ulice pełne były uśmiechniętych ludzi, muzyka dobiegała z zatłoczonych kawiarenek i klubów. Udało nam się jakoś wcisnąć do jednej z knajpek w celu przetestowania miejscowego piwa - Tirana. Nalano je nam z puszki, ale za to do mrożonych kufli. Było wyśmienite i już chcieliśmy zamówić następną kolejkę, kiedy okazało się, że lokal jest właśnie zamykany. Podobnie zresztą jak wszyskie inne w okolicy. A była godzina 23.00 :)

Macedonia (Република Македонија)

Kupione w Tiranie okładki na paszport trochę wydłużyły nasz pobyt na albańsko-macedońskiej granicy. Macedoński pogranicznik po zobaczeniu okładek stwierdził najwyraźniej, że jesteśmy Albańczykami i zażądał dokumentu potwierdzającego OC na rowery. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się co jest grane i wytłumaczyliśmy, że jesteśmy z Polski, a to są tylko okładki, żeby się paszporty nie niszczyły. Oczywiście natychmiast pozwolono nam przekroczyć granicę. Natomiast pogranicznicy albańscy odprawiający nas chwilę wcześniej po zobaczeniu okładek uśmiechnęli się tylko i przepuścili bez słowa.
Przejście znajduje się wysoko w górach. Niestety w chwili przekraczania granicy nastąpiło załamanie pogody i lunął zimny deszcz. Temperatura spadła do ok. 10 stopni i zrobiło się po prostu nieprzyjemnie. Przeczekaliśmy najgorsze w przygranicznej knajpce i po kilku godzinach ruszyliśmy dalej w siąpiącym deszczu. Droga prowadziła nas wielokilometrowym zjazdem do jeziora Ohrydzkiego, w pobliżu którego mieliśmy zamiar przenocować. Ponieważ byliśmy przemoczeni i teren ponownie nie sprzyjał rozbijaniu namiotów, wygrała opcja pójścia na łatwiznę i poszukaliśmy motelu. Znaleźliśmy taki, w którym pokój dla trzech osób kosztował nas 20 euro, czyli raczej przyzwoicie. Ponieważ było jeszcze dosyć wcześnie wyskoczyliśmy do sklepu po złocisty trunek. Obok sklepu natrafiliśmy na albańską ceremonię zaślubin - rodzina panny młodej żegnała się z nią. Bawiący się goście z ciekawością przyjęli nasze przybycie. Ponieważ podczas naszych dotychczasowych wojaży nie spróbowaliśmy jeszcze najbardziej znanego na świecie specjału Bałkanów - rakiji (bimber przekraczający czasem 60%) - z niecierpliwością oczekiwaliśmy na zaproszenie do stołu celem skosztowania. Strasznie się zawiedliśmy, kiedy się okazało, że na owej imprezie w ogóle nie spożywa się alkoholu. Co innego na weselu, ale ono miało być tydzień później. Niepocieszeni tym faktem zaszyliśmy się w hotelu i pocieszaliśmy się piwem Tirana.
Następnego dnia deszcz przestał padać, niemniej nadal było chłodno. Na naszej drodze znalazł się Ochryd - zabytkowe miasto z całkiem sporymi ruinami zamku do zwiedzania.
Noc spędziliśmy w ośrodku wczasowym Oteševo nad jeziorem Prespansko, gdzie wynajęliśmy bungalow, w którym było ciekawe połączenie prysznica z toaletą. Miejsce to bardzo przypominało nasze PRL-owskie ośrodki wczasowe. Ponieważ trafiliśmy jeszcze na czynną kuchnię, po dłuższej konwersacji, dzięki językowi gestów, udało nam się zamówić naleśniki (po macedońsku: pałatinki) z herbatą i rakiją (wreszcie!). W domku obok nas mieszkała od kilku dni rodzina Francuzów. Pomimo że mieli cały domek do dyspozycji nocowali w busie :)
Następnego dnia postanowiliśmy dotrzeć do Skopje i złapać pociąg do Budapesztu. W przewodniku (Bałkany, wyd. Bezdroża, 2008) przeczytaliśmy o pięknych widokach w Kanionie Matka, więc wybraliśmy drogę do Skopje przez ten rejon. Na mapie i opisie droga przez kanion zapowiadała się cudownie. Jak się okazało po pięćdziesięciu kilometrach - tylko na papierze. W Kanionie Matka znajduje się wybudowana jakiś czas temu elektrownia wodna, która jest na terenie wojskowym. W związku z tym przejazd tą drogą jest niemożliwy, mimo że w przewodniku stało inaczej. W taki oto sposób straciliśmy połowę dnia i musieliśmy spędzić dodatkową noc w Macedonii. Dodatkowo trafiliśmy w rejony, gdzie śmieciami pokryte są całe kilometry. Ukłony dla wydawcy.
Po dotarciu do Skopje kupiliśmy bilety do Budapesztu, otrzymując jednocześnie informację od kasjerki, że nie ma sensu przychodzić wcześniej niż dwie godziny po planowanym odjeździe. Jak się okazuje pociąg relacji Saloniki-Budapeszt ma w Skopje zawsze trzy godziny opóźnienia. Tym razem też tak było. Na całej trasie pociąg miał już sześć godzin spóźnienia, dzięki czemu nasza przesiadka w Budapeszcie do pociągu do Polski polegała na biegu przełajowym z przeszkodami przez trzy perony dźwigając rowery i bagaże. W momencie, kiedy weszliśmy do pociągu - ruszył. Uff...

Podsumowanie

Wyprawa na Bałkany była naszą pierwszą i na pewno nie ostatnią. Przeżyliśmy piękna przygodę. Chyba nam wszystkim najbardziej spodobała się Czarnogóra. Z pewnością do niej jeszcze wrócimy, żeby zobaczyć piękne góry pozbawione tabunów turystów, by doświadczyć gościnności tubylców oraz pięknych widoków. Tego nie sposób zapomnieć.

W wyprawie udział wzięli: